„Umierasz, gdy nic wzroku nie zapiera” — impresja po „Łoskocie drogi mlecznej” Piotra Kasperowicza

okladka

*
Ważne wyjaśnienie formalne

Pisanie recenzji jest zadaniem trudnym. Trzeba posiadać nie tylko wiedzę o tym, jak napisać dobrą (w sensie formalnym) recenzję, ale i wiedzę o przedmiocie, w który się zanurzamy, by zachęcić lub zniechęcić innych. Trzeba poczuć się mentorem i doradcom; kimś, komu można i trzeba zawierzyć; kimś, kto ma posłuch i jest ponad tłumem. Jestem poza, nie ponad – dlatego nie odnajduję się w formach oceniających. Nie lubię oceniać, chociaż zdanie swoje na różne tematy zazwyczaj posiadam. Dobra recenzja jest konstruktywna — jest wartością dla recenzowanego autora (pozwala mu, krytycznym okiem, spojrzeć na swoje dzieło). Od lat obserwuję modę na posługiwanie się określeniem „konstruktywna krytyka”, lecz nie potrafię doszukać się takowej w samej treści napotykanych recenzji.
Trudność w ewentualnej próbie zmagania się z formą moich wynurzeń przy tomiku Piotra Kasperowicza wynika z jeszcze jednego zalecenia dla recenzenta — trzeba zachować obiektywizm, przy wyrażeniu subiektywnej oceny. Piotr jest jedną z tych osób, które świadomie zaliczam do przyjaciół. Nigdy nie będę wobec jego działań obiektywna na tyle, by można było zaufać mojej ocenie. Kiedy otrzymałam jego tomik poezji — pękałam z dumy — oto pierwszy profesjonalny (nie niezależny) tomik Piotra! I chociaż pisząc ten tekst, wiem o kolejnych tomach, nadal jestem dumna i cieszę się z sukcesu przyjaciela. Jak z tego poziomu przejść do obiektywizmu? Nie mam pojęcia i nie zamierzam nawet mierzyć się z tym problemem. Przedstawiam coś, co recenzją nie jest — jest natomiast impresją po lekturze, swoistym utworem lirycznym, którego celem jest ujawnienie własnego aktualnego stanu uczuciowego.

„Życie bowiem […] złożone jest z poezji” (Borges, „Rzemiosło Poezji”, 2004)

Pisząc o poezji mam w pamięci parę kwestii. Po pierwsze, to czego uczono mnie w szkole — znienawidzone pytanie „co autor miał na myśli?” — nie ma znaczenia. Tekst mogę rozbijać na atomy, sprawdzać jego właściwości, budowę, molekuły, nigdy jednak nie dotrę w ten sposób do jądra, sedna, miąższu. Nigdy prawdopodobnie nie zobaczę także obrazu, który miał w głowie autor. Tekst nie jest (zdaję sobie sprawę, że narażam się właśnie wielu specjalistom) tworem, który ma wyłącznie budowę, po której rozbiorze można coś ostatecznie orzec. Nawet jeżeli efekt kreatywnych wzlotów zdaje się mieć bardzo określoną strukturę — nie znaczy to, że analiza budowy pomoże w rozumieniu znaczenia, bo czy ocena człowieka po wyglądzie pozwala dotrzeć do sedna jego egzystencji?
Po drugie — biografia autora. Nie ukrywam, że znam Piotra Kasperowicza. Znam go na tyle dobrze, że czasami czytając jego teksty, widzę rzeczy, o których opowiadał mi w listach lub rozmowach. Rozpoznaję je nakreślane faktami, obrazami, skojarzeniami, słowami i dźwiękami. Czasami widzę nawet fragmenty wspólnych doświadczeń. Czy to dobrze? Nie wiem. Znajomość biografii uziemia mnie, stabilizuje, nie pozwala wzlatywać. Trzymam się faktów. Nie spuszczam aż tak daleko swojej wyobraźni ze smyczy. Przywiązuję się do tego, co już wiem o autorze. Poniekąd znam więc to coś, co stanowi specyficzny filtr Piotra Kasperowicza. Filtr, przez który autor przepuszcza rzeczywistość, by opisać ją nam, odbiorcom.
Po trzecie, poezja jest zabawą. Tak właśnie do niej podchodzę. Poezja to interaktywna zabawka, którą autor-kreator pozostawia czytelnikom i słuchaczom. Każde „ja” będzie bawiło się inaczej. Jedno zwróci uwagę na tworzące się w głowie obrazki, skojarzy inaczej zrodzone ze słów struktury. Drugie doszuka się w tekście innych inspiracji, odmiennie zrozumiem intencje. Wiersz będzie więc zbiorem słów, które mają różne właściwości i w różnych osobach aktywują inne pejzaże, inne stereotypy, inne emocje. Trochę jak w przytoczonej przez Borgesa w „Rzemiośle poezji” metaforze biblioteki jako „czarodziejskiej jaskini pełnej umarłych, którzy mogą narodzić się na nowo, ponieważ da się ich wskrzesić, otwierając książki” (Borges, 2004). Poezja, wiersz jest dla mnie taką miniaturową biblioteką, to kieszonkowa wersja, którą można wszędzie ze sobą zabrać, ma jednak znaczenie kim jest czytelnik, bo to od niego zależy kogo wskrzesi, jak i kiedy.

*

Giętarka ręczna do języka lub „mielenie słów magicznych w betoniarce”

Pierwszy raz z poezją Piotra spotkałam się z piętnaście lat temu. Wysłał mi wybór swoich tekstów do publikacji. Przyzwyczajona do prostych (czy typowych dla moich kręgów) metafor odpadłam chyba w drugim wersie. Najprościej było rzucić cholerstwo w kąt i zrzucić na autora bombę pt. „zmanierowany grafoman, co pisze kiczowate, hermetyczne bzdety”, ale jakoś na drugi dzień poczułam, że te dwa przeczytane wersy zaczęły kiełkować. Zrobiłam więc kolejne podejście: hermetyczny, obco brzmiący obraz rozwarstwił się i stworzył pryzmat. Kolorowy pejzaż, który za każdym zamknięciem powiek zmieniał się. Wiersze połknęłam koniec końców, jak wąż — swoim bogactwem cieszyły mnie przez długi czas. Wreszcie były czymś sycącym, czymś dalekim od typowości. Myślę, że właśnie to było jedną z przyczyn utrzymania znajomości z Piotrem. Jego poezja zawsze była (i jest!) dla mnie niezwykłym przeżyciem. Chociaż nie jest to doświadczenie proste i niewymagające.
Język, którym posługuje się Piotr Kasperowicz zbudowany się z dość specyficznych metafor, alegorii, eufonii, obrazowych ekwiwalentów emocji, onomatopei, echolalii, neologizmów, paraboli, elips i asonansów przefiltrowanych przez osobowość autora. On nie tylko pisze tak poezję, on tak mówi. To nie jest maniera, tylko cecha specyficzna dla tego osobnika. Fleksja i dziwna typografia tekstów ma na celu wzmocnienie ikonicznych funkcji słowa. Autor prowadzi monolog wewnętrzny, nie tylko mówi o życiu, ale chce je odtworzyć. Splątany i niejasny na pierwszy rzut oka zapis wizji jest znakiem przeżyć indywidualnych o podobnej strukturze. Nastrój zostaje zaszyfrowany w ciągu obrazów przypominających widzenie senne. Dotarcie do sfery podświadomości i spotkanie z uwolnioną energią psychiczną ma na celu przezwyciężenie duchowej i społecznej alienacji. Jeżeli komuś teksty Piotra „nie leżą w uchu” — musi albo przywyknąć, albo sobie odpuścić. To nie są i nigdy nie były teksty dla każdego (mało kto takie pisze, o ile ktokolwiek). Wyrastają poza swój czas i poza akceptowalną normę — są szczere, autentyczne, intrygujące i głębokie emocjonalnie… Dla mnie. Jak już wspominałam, osoba odbiorcy tekstu ma tutaj równie duże znaczenie, co osoba twórcy.
Kim jest autor? Piotr Kasperowicz jest człowiekiem, poetą. Nie odpowiem na pytanie, czy jest obserwatorem, czy membraną reagującą na otoczenie, czy pisze o sobie, czy o swoim odbiorze świata. Wiem, że ma bogatą wyobraźnię, czuje świat, przetwarza swoje czucie na słowa i obrazy, posiada przy tym ciekawą umiejętność zastawiania słów i tworzenia nowych znaczeń. Nie spotkałam się z podobną umiejętnością (może poza twórczością futurystów). Igra dwuznacznościami (zwoje izolacji — jako zwinięta izolacja, jako zwoje mózgowe pokryte izolacją, jako izolacja w sensie odosobnienia zwiniętego w kłębek, a to tylko trzy możliwości, które przychodzą mi na myśl). Wymusza czujność czytelnika. To poezja-łamigłówka, ale jeżeli poszukam uważnie, znajdę swoje magiczne sentencje, które zapiszę w pamięci, a później będę sobie z tych słów czarować obrazy i emocje.

*

„Smuga rozpięta na zmysły”, czyli świat przez filtr — rzeczywistość, czy jej demonizowanie?

Po przeczytaniu „Łoskotu drogi mlecznej” stworzyłam dla siebie model świata, po którym mogę się poruszać, by odkrywać kolejne znaczenia poezji Piotra. Jest on konstrukcją przypominającą obraz z filmu „Matrix” — jedna wersja dla wszystkich, inna dla tych, którzy się wyłamali. Widzę więc przestrzeń czystą, niemal sterylną — ta sterylność jest nienaturalna, stworzyła ją chemia i detergenty, którymi myjemy się także od środka (chociaż woda do chrztu jest akurat bez detergentów). Mieszkańców tego świata pochłania konsumpcjonizm („kupowanie sprytem”), pustosłowie i industrialność. Nie radzą sobie z pojedynczymi emocjami, czyszczą więc swoje umysły. Później chłoną plastikowe surogaty emocji i defekują. Pustka jest bezpieczna — nie boli, nie wymaga. Wysokie budynki, skrzące się w słońcu („żyletkowe wieże z betonu i stali z widokiem na świat”). A w budynkach ludzie, trybiki, korporat, praca, technika, mechanizacja.
W tym świecie też mówi się o kryzysie męskości (a może ludzkości?), in vitro, testach na zwierzętach — ale tylko po to, by mieć poruszający temat do czegoś, co przypomina rozmowę. Nie jest nią. Ludzie tutaj pozbawieni są umiejętności rozmawiania, wyrażania siebie i swoich emocji. Także dlatego, że już się ich pozbyli, przyjmują zastępniki.
Ci ludzie są jak istoty po kataklizmie („ludzkie produkty”, „ciało gorejące chemią”) lub wojnie nuklearnej — zdeformowani od środka i od zewnątrz („garbata modelka z agencji Hades ma kosi trawnik”). Walczą o swoje piękno i zdrowie — tak siebie widzą. Chcą pozostać wiecznie młodzi. Wiedzą jednak, że przemijają — chociaż „wiedza może nic nie znaczyć”. „Duchowy głód miażdży”, więc uprawiają „filozofię dla ubogich”. Starają się walczyć o swoje szczęście, chociaż nie mają pojęcia, czym ono jest. Czy szczęściem są opisywane w kolorowych magazynach rzeczy, czy może brak cierpienia, czy może pustka, do której dążą od dzieciństwa hodowani w bez emocji, podlewani toksycznymi relacjami?
Mówimy o świecie, w którym mistyka pozostaje już tylko słowem, bo nie ma wiary ani nadziei, ani miłości. Są za to „ortodoksyjne wyznawczynie wiary w nic wielkiego” i „panny drugiego sortu”. Bóg spogląda z góry („anachroniczny Bóg domu starców”), z oddalenia i chyba czuje ulgę, że nie uczestniczy w życiu tych zdegradowanych istot — „gołodupców na cmentarnym polu minowym”. Cieszy go pokazywanie nam „boskiego podszycia”, bo zdaje sobie sprawę z poziomu naszego okrucieństwa, zna nasze podłe sztuczki, tę „ludzką płyciznę” i wszelkie „wzniosłe wątłości”. Człowiek jest tu raz narzędziem, raz naczyniem. Nie ma mocy sprawczych.

„Cały etat do końca życia”, czyli o potrzebie pracy

Na poszczególnych poziomach pojawiają się bardziej szczegółowe obrazy rzeczywistości. Praca w tym świecie, podobnie jak w naszym, ma duże znaczenie. Każda jest tak samo ważna lub nieważna — przeliczana na roboczogodziny, oczekiwania, sukces, fachowość, dresscode i „ambicje zwinięte w kłębek”. Ludzie pracując, nieustannie podlegają „strategiom manipulacji” muszą przynależeć, inaczej znajdą się w niebezpiecznym dla siebie miejscu, poza społeczeństwem. Nieprzystosowanym grozi właśnie wyłączenie i „bezrobocie”, nie grożą im już baraki, obozy i magazyny, raczej bezosobowy karton („kartony pustki”, „karton radości”), samotnia na ul. Chłodnej, tymczasem na ulicy Szczęśliwej warte zauważenia są jedynie psie kupy. Z jednej strony pracować należy, z drugiej brak pracy w powszechnym rozumieniu pozwala na dostrzeganie czegoś do tej pory niezauważalnego.

Technikalizacja, czyli „zwoje izolacji”

Ten świat jest bardzo techniczny — dużo w nim fizyki, chemii (niebieski laser, załamane światło, nieodwracalne reakcje, trwałość wiązań warunkowana przez czas) oraz informatyki (ochrona hasłem, łamacz kodów). Są też ślady „okrężnych wiaduktów”, „rozjazdów obłudy” czy „kursów kolizyjnych”. Wszystko spowija otulina, która spowalnia poślizg. A poruszać można się tutaj jedynie w dół. Wszystkich czeka spadanie, upadek i wreszcie izolacja.

Medykalizacja i kult zdrowia, czyli „zapomniane ciało”

Hipochondryczny jest ten świat i bolesny. Kult młodości prowadzi do „kaleczenia chemią”, bo starość jest nieatrakcyjna. Odmrożenia, przymarznięcia, cysty, zatrucia, jątrzące się rany, zgorzele, wykwity, sińce, gruczoły, wylinka i wydzieliny, do tego ból fantomowy, zaćma, „grzybiejące stopy”, czy „połamane ramiona” mogą zostać uleczone „pastylkami z czaszką”. Umęczone, udręczone ciała, obarczone wadliwym materiałem genetycznym „spacerują w spalinach”. Ludzie są ślepi. Różne problemy narządu wzroku sprawiają, że ostatecznie „oczodoły chronią wnętrze”. To samo, które wcześniej chemicznie oczyszczono, by nie tworzyły się „przerzuty bliskości”.

Psychologizacja, czyli o tym, że „łut szczęścia nie wystarcza”

Tak bardzo ludzie tutaj pragną szczęścia. Poszukują go wszędzie. Po latach doświadczania życia dochodzą do wniosku, że coś z nami jest nie tak. Palą mosty, nie oglądają się za siebie — zapominając, że to w przeszłości może znajdować się klucz do przyszłości i upragnionego szczęścia. Bez zrozumienia siebie, mogą nie osiągnąć celu. Gdzieś podświadomie rozumieją, że droga liczy się od punktu A do Z i wykasowanie jakiegoś jej etapu tylko gubi, mimo to nie pracują ze sobą ani tym bardziej nad sobą.

Tkwią w przeświadczeniu, że trzeba się dobrze urodzić, by coś osiągnąć. Do tego  dochodzą „presja wychowania” i uszczęśliwianie innych, narzucony brak emocji, „bierność łamiąca wolę”. Wiedzą, że „młodość nie przychodzi łatwo”, więc ją przeczekują i „praktykują autoagresję traumy”, krzywdząc siebie i innych. „Rozcieńczeni w czasie” dokonują „higieny intymnej u psychoterapeuty” skarżąc się na relacje rodzinne i „cięcie piórami przeszłości”, tej samej, której się pozbyli. Te „wyiskane z czułości dzieci” nie radzą sobie w życiu — kupują „szczęście na kredyt”, jako obietnicę lepszego jutra, kuszone iluzją plastiku.

„Proces niszczenia głównego organu”, czyli o braku możliwości kochania

Wszyscy są samotni, nie tylko odmieńcy („frakcja dziadowska”, włóczędzy, „przesiedleńcy obarczeni pierworodnie”). Wyobcowanie to powszednia przypadłość w tym świecie. Tak samo, jak dehumanizacja, tworzenie masek i pozorne pozbycie się emocji. Samotność „zadaje się tłumem” i „zażyłością blokowisk”. Ludzie „mijają się, zamiast kochać”. Jest moda na „konta w banku światowej miłości” i na „miłość na sztuki”. Wszelkie lęki „zamyka się w opakowaniach po pustce”. Ludzie „wypróżniają się z kochania”, są jak „obiekty dryfujące niezależnie”, „oddzielone samotnością”. Związki są dopasowaniem do widzenia drugiej osoby — tylko kto jest tą drugą osobą? Kimś po kim zostają wywinięte powieki, płacz, wyczerpanie, spękane lustro, koszmary i łatwo dostępne „trociny uczucia”. Jeżeli ktokolwiek zdoła poczuć bliskość, pojedynczy „uskok serca”, znajdzie się poza tłumem.

„Nie uciekniesz przed samy sobą”

Nie sposób żyć bez świadomości — jeśli już raz zobaczy ktoś „sedno własnego mroku” i „szczeliny światłego umysłu”, świat zmieni się. Mądrość nie ma w tym świecie wartości, powstają „almanachy pierdół” z może jednym ważnym słowem. Być może jest to słowo z tych, które podczas odpływów leżą na brzegu morza? Powierzchnia słów jest spierzchnięta, bo to „słowa posuchy”. „Zębowiny pamięci” zapuszczają korzenie i dostrzegalny zaczyna być „oślepiający mrok w pełnym słońcu”. Zalążek świadomości. Można wreszcie zauważyć „niepoliczalne plany głębi” i „fuzję przeznaczeń”. Ten „międzybyt” nie trwa jednak długo. Na chwilę można powstrzymać oddech, ale i tak zasili się „plantację zniczy”. Niby nic odkrywczego a zawsze zaskakuje, w pół słowa — po wieki, powieki.

*

O „błyszczących uzewnętrznieniach z guziczkami cukrowanymi”

Nie. Tomik Piotra nie jest słodki. Guziczki cukrowane są tu wabikiem, tak samo jak grafiki Adama Fiala. Bez nich tomik pozostałby „błyszczącym uzewnętrznieniem” — dla tych, którzy nie widzieli na żywo tego wydawnictwa, napiszę, że okładka jest srebrna, metaliczna, fakturowana, chłodna wizualnie. Na okładce bliżej prawej krawędzi przytwierdzony jest czarny, wypukły prostokąt z danymi dotyczącymi tomu oraz abstrakcyjną grafiką Fiala. Świat w jego oczach jest tworzony przez postaci przypominających roboty, o trójkątnych, trapezowatych lub kwadratowych głowach i równie geometrycznych ciałach. Prace te są kolorowe, poniekąd infantylne w sposobie prezentowania tej nierzeczywistości, stąd zapewne moje skojarzenie ich z cukrowanymi guziczkami. Sam tomik jest dostojnie chłodny, błyszczący… Forma dopełnia więc całość — piszę to na wszelki wypadek, gdyby komuś wydawało się, że nie ważne jak wyglądają tomiki poezji, ważna jest ich zawartość. Zdecydowanie, ale tutaj wizualność i sensoryczność (okładka) dają dodatkowe bodźce. Jak dla mnie nie bez znaczenia, szczególnie jeżeli ktoś posiada dużą wyobraźnię, w której ma zachowane w specjalnych skrzynkach obrazy, zapachy i smaki — a te odtwarza podczas czytania konkretnych słów-kluczy.

„Łoskot drogi mlecznej” Piotra Kasperowicza to nie jeden wewnętrznie sprzeczny obraz, a sekwencja obrazów, których celem jest wytworzenie sugestii prawd i stanów psychicznych. Ten tomik to swoisty dziennik istoty spoza Ziemi. Poezja jako przestroga — poezja na przebudzenie do… Tyle dla siebie z niego wyjęłam i czuję się całkiem żywa, nawiązując do tytułu impresji (nie tylko ożywiona). A co Wam pozostało w pamięci?

Łucja Lange

Please follow and like us: